Josef Salvat na urodzinach czyli historia od kuchni 2

To wielkie szczęście móc spotkać niezwykle utalentowanych młodych ludzi, na początku ich kariery i stwierdzić, że są cudownie normalni. Tak jest w tym przypadku. Josef Salvat skradł nasze serca.

Juz rok temu chcieliśmy, aby nas odwiedził. Od momentu usłyszenia pierwszych dźwięków Open Season, od chwili kiedy czarno biały teledysk Shoot And Run zapętlił się w nieskończoność na moim komputerze, pokochałem jego zdolność łączenia niebanalnych melodii, ze smakowitymi produkcjami. Razem z Anną śledziłem kolejne muzyczne dokonania, single i ep-ki. Na szczęście okazało się, że nie byliśmy odosobnieni, nasi słuchacze dawali również wyraz swojej fascynacji sympatycznym kangurem.

Ro temu nie udało się. Josef pochłonięty był promocją swojego albumu w Wielkiej Brytanii i Francji. Do dwóch razy sztuka. Spróbujmy. Telefon do Łukasza z Go Ahead. Sprawdź, pomóż, wiesz byłoby fantastycznie. Po kilku tygodniach płynie pozytywna odpowiedź z managementu. Jest zainteresowanie, no to kujemy żelazo póki gorące. Wreszcie w lipcu pojawia się potwierdzenie. Josef przyjedzie. Jak tu potem prowadzić programy, kiedy jeszcze nie można wszystkiego zdradzić Wam, słuchaczom. Przez kilkanaście dni musimy zachować pokerową twarz.

W czwartek zamieszanie. Seafret są u nas w radio, a Josef wjeżdża centralnie na Centralny, prosto z Berlina. My zajęci koncertem w studio. Na szczęście odbiera go Tomek i wiezie do hotelu. Po występie Arek zabiera Harry’ego i Jacka do hotelu, a my z Anną czekamy na Józka. Logistyka level hard.

Jaki on jest? Czy będzie przystępny? A może mu już odwaliło i wejdzie niedostępna primadonna w spodniach. Tak siedzimy i myślimy. No jest jakiś niepokój. Nigdy wcześniej go nie spotkaliśmy i nie mieliśmy możliwości, takiej jak z Seafret, poznać się wcześniej. Gdzieś koło 17.00 schodzę na papierosa. Otrzymujemy informację od kierowcy, że jadą. No to oni jadą, ja sobie palę, a deszcz leje.

Pod wieżowiec Polsatu podjeżdża nasz van. Widzę go z daleka, a moje ciśnienie skacze. Ruszam w deszczu do auta, w tym czasie nasz kierowca zdążył już chyba powiedzieć Józkowi kim jestem. Otwierają się drzwi i w moim kierunku wyciągają się ręce, za nimi uśmiechnięta od ucha do ucha twarz i słyszę głośne: czeeeść, jak się cieszę ze spotkania. Zaskoczenie przechodzi w euforię i po chwili wykonujemy bratniego miśka.

Kolejne gorące powitanie odbywa się już na górze, z Anną. Dawno nie widziałem jej tak rozpromienionej. Józek siada w moim pokoju, a my krzątamy się w kuchence. Kawa, herbata, woda. W międzyczasie szeptem wymieniamy uwagi.

– Ty jaki zajebisty…
– Mam wrażenie jakbyśmy znali się od lat…
– Taki bezpośredni…
– Uśmiechnięty, wyluzowany…
– Kamień z serca…

Josef Salvat Anna Bisior

Wracamy do Josefa i zaczynamy gawędzić. O muzyce, życiu, polityce, jego płycie, naszym radio. Możemy sporo pogadać, ponieważ samolot z resztą ekipy miał opóźnienie. Siedzimy niczym starzy znajomi, którzy nie widzieli się od miesiąca i nadrabiają zaległości. My opowiadamy historię dawnej galaktyki i nowej nadziei. On wspomina jakim błogosławionym przekleństwem był cover Diamonds. Nagranie stało się tak wielkim hitem, że spowolniło proces wydania płyty. Opowiadamy o tym jak go odkryliśmy. Ja o swoim uwielbieniu dla Shoot And Run. Anna rozkłada z Józkiem na czynniki pierwsze showbiznes. Gadamy, gadamy, jego oczy cały czas uśmiechają się.

Kiedy minęła ta godzina? Do radia dociera wreszcie reszta ekipy Josefa, możemy zacząć przygotowania do akustycznego występu. Chwila próby i nasze studia zamiera, wszyscy zasłuchani, jakby trochę zaczarowani.

Ciary. Wszystkie piosenki nabierają nowej mocy w tak ascetycznych wersjach. Ciekawe jak zabrzmią jutro w Stodole?

Wsiadamy do samochodu i jedziemy na kolację. Arek informuje, że Seafret są na miejscu. Ja z Josefem rozmawiamy o naszych krętych drogach. O jego studiach prawniczych i moich lekarskich. Śpiewający prawnik i radiotyczny lekarz. Takie spotkanie.

Najważniejsze żeby nie zatrzymać się w połowie drogi. Dokładnie. Trzeba dokończyć co się zaczęło … a potem. Może się wiele wydarzyć. Czułem, że robię coś dziwnego. Mnie się nawet podobało, ale czasy były inne. Nie pasowałem do tego wszystkiego. Nie było etatów dla młodych lekarzy. Muzyka zawsze była najważniejsza. Muzyka zawsze była najważniejsza.

Nagła zmiana tematu. Wjeżdża polityka. PIS miesza się z Trumpem. Staramy się wytłumaczyć, opowiedzieć. Oczy Anny nabierają blasku. Moje świecą cały czas. Jak to wszystko wyjaśnić? Krótki rys historyczny pomaga. Radek dorzuca swoje trzy grosze. Czyli  to już było? To zawsze było i nadal powraca, jak zaraza. Najśmieszniejszy barak demoludów, został przybliżony ze zrozumieniem. Jak dajemy radę? No dajemy ze śmiechem. Populizm ma taką samą mordę, bez względu na szerokość geograficzną i nie ważne czy ubrany jest w niedopasowany, czarny prochowiec, czy czaruje blond zaczeską.

Jesteśmy na miejscu. Wejście do lokalu nie jest oczywiste. Chodzimy wokół, chłostani deszczem. Za szybą widać ciepłą przystań, tylko gdzie jest to wejście. Jest, jest, wreszcie trafiamy na otwarte drzwi. W środku ekipa Seafret już płynie na pierwszej, chmielnej fali. Wylewne powitanie obu drużyn i zaczynamy radosne zgrupowanie przed meczem.

muzofest

Jednym z podstawowych ćwiczeń podczas zgrupowania jest szlifowanie polskiego. Jack zachwyca się nazwą żywiec i jest zdziwiony, że nie brzmi ona „żajwik”. Josef fascynuje się wieloznaczeniowością i uniwersalizmem semantycznym słowa kurwa. Pragnie go użyć podczas występu. Anna zwraca uwagę na wagę końcówek. Jeśli powiesz zajebiście kurwa – to dobrze, ale nie wolno ci powiedzieć zajebiście kurwy, bo wtedy żeńska część publiczności wyjdzie z klubu. Tymczasem Jack zachwyca się szelestem spółgłosek w słowie zajebiście. Arek i Ian zajmują się problemami z Anfield Road. Josef zapisuje z uwagą polskie słowa, wręcz spija je z ust Anny.

Tymczasem ekipa Seafret włącza w sobie tryb zachwyconego japońskiego turysty. Na stole lądują piwne wieże, które tak fascynują naszych gości na sąsiednich stołach. Nie dadzą rady – mówię do Radka, który zajął się zamówieniem. Z pomocą ekipy Josefa dali. Kończymy zgrupowanie przed północą, w końcu jutro ważny dzień. Pod hotelem toniemy we wspólnych uściskach, niczym najlepsi przyjaciele z dzieciństwa, a deszcz na szczęście chłodzi wieczorne emocje.

I znów stoję sam na środku stodoły i chłonę dźwięki ze sceny. Józek właśnie próbuje. Wszystkie kawałki, które kocham brzmią fantastycznie, chociaż za każdym razem coś podobno jest do poprawki. Perfekcjoniści :). Tradycyjnie proszę Josefa o jeden kawałek, tłumacząc mu, że to dziś moja jedyna szansa na jego koncertowe dźwięki. Pod sklepieniem sali wybrzmiewa majestatycznie She pulls the trigger and lifts it up!, a ja mam ciary.

Reszta jest już Waszym udziałem. Kolejna magiczna godzina. Niesamowity głos, charyzma i szalona choreografia. Józek zapalił dach na Stodole swoimi kawałkami.

muzofest salvat

ps. Wielkie podziękowania dla ekipy Go Ahead – Edyta, Łukasz, Tomek i Tomek ukłony!

ps2. zdjęcie w nagłówku PowerPhoto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *