Króciutko bo słucham i się nie rozpraszam :)

Patrzę w kalendarz i nie mogę uwierzyć, że już prawie miesiąc minął od ostatniego wyziewu „pisactwa” prowadzącego. Tygodnie jakoś znikają pod stopami… mam wrażenie, że na nic nie wystarcza czasu. Może to wina szybko zapadającego zmroku, a może to tylko wytłumaczenie lenistwa. Poniedziałek zderza się z poniedziałkiem 🙂

Zbierałem się już kilkakrotnie, aby znowu coś skrobnąć, ale zawsze „coś” pojawiało się na horyzoncie, odciągając moją uwagę od monitora z otwartym officem…

Właśnie siedzę i słucham Misplaced Childhood. Ot po prostu pożyczyłem od Miśka zremasterowaną dyskografię. Rozłożyłem na biurku wszystkie płyty i single. Chciałem posłuchać ich pod kątem uzupełnienia braków w kultowej godzinie … i tak zawiesiłem się najpierw między Punch & Judy, a Sugar Mice, pędząc przez kolejne rewelacyjne riffy i melodie. Taki powrót do emocji z nastoletnich czasów, kiedy na wspominanym już kiedyś, przedłużonym kablu słuchawkowym, stałem pośrodku pokoju, czekając na słowa … these hearts of Lothian … aby wybuchnąć solówką na powietrznej gitarze…

Nigdy nie byłem wybitnym znawcą twórczości Marillion. To w naszym radiu (w czasach Manhattanu) było domeną Marcina Piotrowskiego. Potrafił on wspaniale opowiedzieć o każdym magicznym elemencie pojawiającym się na płytach Fisha i kolegów. Ja byłem po prostu zwykłym słuchaczem, odkrywającym na swój sposób symfonię rewelacyjnych dźwięków.

Już kiedyś mówiłem na antenie, że Marillion był elementem mojej schizofrenii muzycznej. Z jednej strony Sex Pistols, z drugiej Marillion.

Trzy pierwsze płyty CD, które udało mi się kupić za uskładane kieszonkowe, z małą pomocą tatowych grosików) Pixies – Doolitlle, Sex Pistols – Never Mind The Bollocks, Marillion – Script For A Jester’s Tear. Trzy rewelacyjne albumy, kipiące morzem fantastycznych melodii i co najważniejsze emocji. Emocji które sprawiały, że słuchając tych krążków pośrodku swojego pokoju czułem się panem świata.

I na koniec pogawędki piękny banał. Czasem trzeba wrócić do starych kawałków, to jak z powtarzaniem ulubionego filmu, czy czytaniem wyczytanej książki. Niby pamiętamy, a jednak przy każdej powtórce zapachy i smaki, z czasów pierwszego razu, wracają ze zdwojoną siłą.

Hmm miałem napisać o ostatnich koncertach … jest powód aby uczynić to wkrótce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *