TRAVIS – WSPOMNIENIE Z POCZĄTKU

Kiedy w 1997 pojawił się ich pierwszy album Good Feeling nic nie wskazywało na to, że mamy do czynienia ze zjawiskiem w świecie gitarowego grania. Płyta, jakich wiele pojawia się każdego tygodnia na półkach brytyjskich sklepów muzycznych. Kilka chwytliwych refrenów, lekko hałaśliwe melodie z urzekającym U16 Girls i przebojowym All I Want To Do Is Rock.

To dużo jak na debiut. Travis szybko zdobył lokalną popularność, stając się jednym z ulubionych zespołów Noela Gallaghera z Oasis, zespołu, który wówczas był na szczycie popularności. Dobra etykietka przydaje się w życiu. Travis otrzymują nagrodę New Musical Express i zostają okrzyknięci nadzieją brytyjskiego rocka. Znów wydarzenie, jakich wiele, co roku na wyspach jakiś zespół nazwany zostaje nadzieją muzyki, roku, pokolenia, jednak niewiele grup potrafi utrzymać swoją pozycję. Nie od dziś mówi się, że prawdziwą klasę zespołu poznajemy po ich drugim albumie, kiedy młodzieńcze emocje już nie wystarczają i trzeba ujawnić całość swojego talentu.

The Man Who, druga płyta w dorobku Travisa, ukazuje się w 1999 i od razu zostaje okrzyknięta arcydziełem. Album dosłownie znika ze sklepów, a singlowe hity „Turn”, „Driftwood” czy „Why Does It Always Rain On Me”, który zostaje okrzyknięty hymnem festiwali 1999 roku, wspinają się na szczyty list przebojów.

Prasa muzyczna, krytycy i słuchacze są zgodni – muzyka na nowym albumie ma w sobie coś z magicznego upojenia. Travis z pozycji lokalnej gwiazdki stają się najbardziej pożądanym zespołem na wszystkich koncertach w całej Europie. Kolejny rok staje się zresztą w życiu zespołu pasmem nieprzerwanej trasy koncertowej. Szaleństwo dociera do USA, gdzie jak wspomina lider grupy Fran Healy, otrzymują owacje na stojąco. Muzyka na płycie staję się delikatniejsza, wysublimowana, łaskocze i pieści, zmusza do zadumy i przejmuje swym pięknem, co częściowo jest z pewnością zasługą Nigela Godricha, nadwornego producenta Radiohead.

Po wyczerpującej trasie czas na kolejny album. Początkowo, jak wspomina Fran, brakuje rozsądnych pomysłów. Trudno odnieść się do czegoś, co przerasta twoje oczekiwania, sprawiając, że stajesz się gwiazdą numer 1. Okres wypalenia mija i grupa z tym samym producentem wyrusza w październiku do Los Angeles przystępując do pracy nad nowym krążkiem. Płyta jest gotowa w marcu 2001. Do sklepów trafia kilkanaście tygodni później, promowana singlem „Sing”, który opowiada o dziewczynie Frana, która nie potrafi przy nim śpiewać piosenek. Nagrania trafia na szczyty list przebojów, a cały album zbiera doskonałe recenzje.

„The Invisible Band” jest wspaniałą kontynuacją swojej wielkiej poprzedniczki. Dostajemy dwanaście barwnych, melodyjnych kompozycji, z których każda ma szansę stać się wielkim hitem. Od radosnych dźwięków we „Flowers In The Window” i „Side”, po lekko nostalgiczny, zamglony „The Humpty Dumpty Love Song”, który zamyka całość. Nowe piosenki Travisa wydają się stworzone po to by dawać radość słuchającym, ale w końcu muzyka od zarania dziejów miała za zadanie rozwiewać szarości dnia codziennego. Dzięki najnowszej produkcji Travis umocnił swoją pozycję na szczycie muzycznego show bussinesu, stojąc jeszcze 3 lata temu w jednym rzędzie z wieloma podobnymi kapelami.

Lekkość, z jaką Fran Healy tworzy doskonałe piosenki sprawia, że od razu muzyczna prasa stosuje porównania z The Beatles. Krytycy znów zachwycają się nad umiejętnym połączeniem wysublimowanych brzmień z masowym przekazem. To doskonały przykład na to, że dobra muzyka pop nie musi być sterowana przez producentów, ubierana w lalkowate wcielenia pseudo idoli, kreowanych na potrzeby tłumu. Wystarczy, jeśli będzie płynęła z głębi muzycznej duszy prostym, szczerym przekazem. Travis udowodnił tym samym, że wydanie po sobie dwóch pięknych i interesujących artystycznie płyt, nie jest niemożliwe, a to dopiero początek ich muzycznej drogi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *